oberstdorf II
Od autorki: Emocje, emocje i jeszcze raz emocje, towarzyszące Mistrzostwom Świata w Oberstdorfie, były przyczynkiem tego tekstu. I swoista chęć odreagowania. A może zemsty...? Podziękowania dla Claire za "kopa" :P
Just as he hit
The ground
They lowered a tow that
Stuck in his neck
To the gills
- The Mars Volta
Czwartek
jakoś po 22-ej
Martin wie, że powinien szykować się do snu. Jutro jest konkurs - najważniejszy konkurs tych mistrzostw: indywidualny na K120. Wie też, że nie zaśnie z łatwością - na pewno będzie leżał długie minuty, a nawet godziny, zanim dopadnie go błogosławiony sen. Dlatego powinien kłaść się do łóżka, a nie wybierać na przechadzkę. Ale te nerwy... Wymyka się z hotelu, w holu mijając siedzącą przy stolikach grupę znajomych dziennikarzy, którzy posłali do swoich gazet i serwisów ostatnie raporty z kwalifikacji i teraz po prostu zasiedzieli się w przyjacielskiej rozmowie. Zresztą dla nich nie jest wcale późno, oni nie muszą wstawać rano, o regularnych porach, by utrzymać organizmy w rytmie. Śmieją się teraz cicho przy paru piwach, najpewniej wspominając poprzednie spotkanie. W Titisee-Neustadt? A może przy okazji mistrzostw dwa lata temu? Nawet go nie zauważyli. Skoczkowie narciarscy mają lekki krok. Ich szczupłe ciała potrafią przemykać cicho i zwinnie.
Martin wychodzi z hotelu, a w jego twarz uderza rześkie, mroźne powietrze. Nie ma wiatru. Ucichł jak zawsze wraz zachodem słońca. Martin podnosi wzrok i wpatruje się w noce niebo. Dziś był piękny dzień - słońce i brak chmur. Na czarnym aksamicie mrugają gwiazdy, których blask niknie, w miarę jak Martin zbliża się do skoczni. Idzie szybkim krokiem, mija już ostatni dom i oto Schattenbergschanze ukazuje mu się w całej swej okazałości i całym swym pięknie. Organizatorzy postanowili nie oszczędzać na elektryczności i obiekt stoi w blasku reflektorów od godziny 16-ej do północy - tak się przynajmniej Martinowi wydaje. Nie ma drugiej takiej na świecie - Martin to po prostu wie. Nie ma drugiej, na której wygrywałby trzy razy z rzędu. I ma zamiar jutro też walczyć o wygraną. Choć będzie to trudniejsze niż kiedykolwiek przedtem.
Stoi zapatrzony w obiekt, przesuwając wzrokiem po rozświetlonym rozbiegu, poprzez cichy, cierpliwie czekający zeskok, aż na wybieg, który jutro stanie się areną radości zwycięzców. I wraca myślą do każdej jednej swej wygranej na Schattenbergu. (Nie chce myśleć, że nie jest to już jego kochana Schattenbergschanze K115.) Chce choć na chwilę wrócić do momentu, gdy wygrywał tu po raz pierwszy - z nadzieją na zwycięstwo w Turnieju. Gdy powtórzył swe osiągnięcie po roku - w burzy śnieżnej niemalże. I wreszcie trzeci triumf - i pełnia szczęścia, że znów się nawzajem nie zawiedli. On i Schattenbergschanze. Pogrążony w chwilach chwały nie słyszy zbliżających się kroków. Mimo skrzypiącego śniegu i trzeszczącego piasku. Bo Martin ma w uszach wiwaty publiczności. A może tych kroków nawet nie słychać? Tak lekkich jak jego własne... Z zamyślenia wyrywa go dopiero cichy głos - pełen przekonania i pewności, pomimo zresztą ułomności językowej:
- Jutro zostanę Mistrzem Świata.
Martin z drgnieniem obraca się, by dostrzec stojącego tuż obok Janne Ahonena, który ze wzrokiem wbitym w skocznię spogląda w przyszłość. Oto Schattenberg splata ich losy - to, co się stało, z tym, co ma nadejść. I Martin jest pewny, że tak się stanie. Ciągłość istnieje. Triumf po triumfie. Schattenbergschanze jest wymagająca. Trzeba mieć pewność siebie, by otwarcie obwoływać się zwycięzcą. Pewności siebie nigdy nie brakowało małomównemu Finowi z Lahti. I Martin czuje, że jego własna pewność siebie niknie, kurczy, zdaje się być pochłaniana. Ale nie poddaje się. Nie może.
- Ja też będę walczyć - mówi, ale jakże słaby jest jego głos!
Janne wreszcie odrywa wzrok od skoczni i spogląda na Martina, a w jego oczach migają iskierki. Martin ma ochotę cofnąć się pod jego spojrzeniem. I nagle sam nie wie, czy gorszy był lód we wzroku Fina, czy ten ogień. Bo nie jest to ogień ogrzewający - jest to ogień palący. Nie jest to ogień kominka, w którego blasku można rozgrzać zziębnięte członki - to ogień pożaru, jaki trawi i niszczy. Rozprzestrzenia się wciąż i wciąż - sam żyje i innych zabija. Ale Martin wciąż ma odwagę. Nie chce drżeć, choć drży wewnętrznie. Fin nic nie mówi, tylko patrzy. Intensywnie, całym sobą, a jego usta rozciągnięte są w lekkim uśmiechu.
I nagle przechyla głowę, zupełnie jakby chciał wybuchnąć śmiechem, że spłatał komuś figla. Ogień przygasa i Martin zaczyna czuć ulgę. Zaczyna czuć śnieg pod stopami, mróz kąsający policzki, chłodny powiew zbłąkanego wiatru na karku. Czeka, aż Janne powie, że będą dobre zawody, w których zwycięży najlepszy. Że będzie sprawiedliwa walka, która wyłoni Mistrza Świata.
A wtedy oczy Fina ciemnieją - zupełnie jakby ktoś zamknął drzwiczki pieca albo polał wodą palenisko. I z prędkością, jakiej wymaga się od skoczka narciarskiego na progu, wyciąga dłoń w kierunku Niemca, a jego wargi po 0,3 sekundy są na wargach Martina. Martin czuje, że zaczyna płonąć na nowo. Tego uczucia nie porówna z niczym - chyba tylko z lotem ponad zeskokiem. Ale nie! Przecież wtedy on jest panem, on zwycięża, on kontroluje. Nie jest o f i a r ą.
Bo Martin - mając na ustach usta jedynego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek kochał całą pełnią swego serca - czuje się jak ofiara. I nie może się wyrwać z tego uścisku, choć tak naprawdę Fin nie trzyma go mocno. Może choć trochę spróbować przejąć kontrolę - unosi dłonie (jak z kamienia) i kładzie je na ramionach drugiego mężczyzny. By odepchnąć? By przyciągnąć bliżej? By przerwać tę chwilę? Czy by przedłużyć ją w nieskończoność? Nie wie...
Zanim zdecyduje, Fin wypuszcza go ze swego uścisku, a Niemiec prawie upada w śnieg, tak gwałtowne to było szarpnięcie. Martin podnosi wzrok, gdy mróz znów zaczyna chłodzić jego ciało, i napotyka spojrzenie Fina, a w nim bezbrzeżną pogardę. I słyszy niemal te słowa: "Ty chciałbyś konkurować ze mną?" I teraz rzeczywiście się cofa, bo w spojrzeniu jest lód. Lód już nie odpychający. Lód niszczący. Zamrażający na śmierć. Cała siła i potęga Północy zawarta jest w tym spojrzeniu. Północy, której nie da się zwyciężyć.
I Martin pojmuje w tej chwili, że w tym człowieku nie ma miłości. Jest tylko namiętność. Nie ma pokory. Jest tylko pragnienie władzy. I choć łzy zbierają się pod powiekami, Martin mężnie je wstrzymuje, gdy pada cały ideał, jaki zbudował przez tyle, tyle lat. Janne Ahonen rzuca spojrzenie na Schattenbergschanze.
- Jutro będę Mistrzem Świata.
W jego złotych oczach migoce jedna iskierka, gdy odwraca się i nie patrząc już na Martina, odchodzi w mrok.
Piątek, K120
seria próbna
122 metry. "To się nie zdarzyło. To był sen." W świetle dziennym wszystko wygląda inaczej. "Weź się w garść. Nie pozwól, by wyobraźnia cię zniszczyła."
I seria konkursowa
132 metry. "Ogień nie tylko niszczy.
Możesz się przy nim ogrzać. Kto, jeśli nie ty? Ogień namiętności może dać ci najlepsze, co jest w świecie."
- Wspaniały skok, oby tak dalej! - Trener Hess poklepuje go po plecach i na chwilę przyciąga do siebie w gratulacjach i radości.
Martin nie widzi, nie czuje. "Pragnę tego ognia."
II seria konkursowa
125 metrów. "Nie ma w nim nic dobrego. Przejrzyj na oczy. Myślałeś, że coś dla niego znaczysz? Nikt dla niego nic nie znaczy. Spójrz, tam stoi Tiia, taka radosna. Czy ona wie? Mały Mico, dla którego tata jest najwspanialszy na świecie. Czy on kiedyś zrozumie prawdę? Tysiące fanów na całej ziemi, którzy myślą, jakim wyjątkowym człowiekiem jest Fenomenalny Fin. Zwiodłeś ich wszystkich. Zwiedziesz jeszcze innych."
Piątek,
ceremonia
"Udowodniłeś, że jesteś najlepszy. Ten medal na twojej szyi... Jakie ma znaczenie? Patrz, Tiia i Mico wiwatują. Ale ty nawet ich nie widzisz. Omiatasz ich tylko wzrokiem, wpatrzony w kolejny cel. Popatrz na mnie!"
Ale Janne Ahonen już na niego nie patrzy.
[27.02.2005]